Podróże po mojemu

Wenecja. Włochy #1

Foto by opowiedzianekadrem.pl

La Serenissima – czyż nie brzmi pięknie? Najjaśniejsza – tak nazywano Republikę Wenecką w II połowie XV w. Teraz już pewnie nikt o niej tak nie mówi, bo częściej spotyka się opinie dotyczące zapachów unoszących się w Wenecji niż samych wrażeń wizualnych.
Miasto kanałów, miasto mostów, miasto położone na licznych wyspach Adriatyku. I może zapach faktycznie wpływa tak bardzo na wrażenia wizualne, że nie jesteśmy w stanie docenić piękna tego miejsca. Mnie jednak Wenecja totalnie zauroczyła.

PRZED WENECJĄ

Zainspirowani pomysłem znajomych, swój przystanek zorganizowaliśmy w Mestre przed Wenecją, na Via Trento. Przy tej ulicy znajduje się również Viale Stazione. Dzięki temu szybko udało nam się odnaleźć stację, z której odjeżdżały bezpośrednie pociągi do centrum Wenecji (St. Lucia Venezia).

 

5 euro, a właściwie 2,50 euro w dwie strony dla jednej osoby.
Tylko tyle kosztował nas bilet. Taniej po prostu być już nie mogło 🙂 Należy jednak pamiętać o jego skasowaniu jeszcze przed wejściem do pociągu…bo to jednak nie jest tak, jak w Polsce, kiedy przechadza się przez kolejne wagony konduktor kasujący bilety. O nie, nie, nie.
My sami dowiedzieliśmy się o tym, że trzeba je skasować przed rozpoczęciem podróży tylko dlatego, że biegaliśmy między peronami. A zmienialiśmy je nader często, bo albo pociąg nam odjechał sprzed nosa, albo stał i nie chciał ruszyć dalej. A że włoskiego nie znamy i nie wiedzieliśmy o czym mówi speaker na dworcu to zaliczyliśmy kilka podejść. W każdym razie właśnie wtedy zauważyliśmy zielono-białe automaty, do których podchodzili podróżujący i wsadzali bilety. Zrobiliśmy dokładnie to samo i „bilet się podbił”.

40 euro – a tyle kosztuje 20 – minutowa jazda pociągiem z nieskasowanym biletem.
W drodze powrotnej do pociągu wsiedli z nami inny turyści anglojęzyczni, którzy swoich biletów nie skasowali. Włoski konduktor co prawda był bardzo uprzejmy, ale powiedział, że teraz „zapłacić trzeba”. 40 euro.

CIĄGLE W RUCHU

O ile podróż pociągiem przebiegła szybko i przyjemnie, o tyle poruszanie się z mapą po Wenecji było dosyć kłopotliwe. Na ścianach budynków trzeba było doszukiwać się nazw ulic, a na mapie trudno było odnaleźć miejsce, w którym się aktualnie przebywało. Dotarcie do Placu św. Marka ułatwiły nam głównie kierunkowskazy pojawiające się od czasu do czasu na skrzyżowaniu uliczek.
Zdecydowanie sprawniejszy, od ruchu turystycznego, jest włoski transport uliczny i wodny.
Co chwilę słyszy się Attenzione! Attenzione!, a zaraz za tym głosem widać Włocha, który ciśnie z mocno załadowanym wózkiem przed siebie. I zupełnie nie przejmuje się ilością przeszkód (głównie w postaci ludzi) po drodze. A turystów jest pełno – przed dotarciem do Placu św. Marka wręcz staliśmy w ludzkim korku. W takich chwilach chciałoby się wynająć wózek, załadować na niego plecak i też sobie pokrzyczeć Attenzione! Attenzione!

 

 

Nie tylko transport po uliczkach Wenecji wzbudza ciekawość. Równie interesujący jest włoski styl poruszania po wodzie.
Ale jeżeli chce się uniknąć korków na drodze to najlepiej wtopić się w te uwielbiane przez nas wąskie uliczki.

Uwielbiam Wenecję za jej architekturę i pastelową kolorystykę. Bazylika św. Marka, budynki Prokuracji Nowej i Starej, Pałac Dożów robią duże wrażenie. Ale nie tak duże jak widok z Placu św. Marka na morze.

 

Cóż… każdy widzi to po swojemu 🙂

A.