Robię to po swojemu

PS czyli PoSwojemu #1/2018

Połowa stycznia za nami, a to dopiero mój pierwszy #week-end w tym roku. W zeszłym tygodniu pisałam o pierwszych moich wrażeniach z bullet journal i robiłam zdjęcia, dlatego tydzień ten przebiegał tylko pod znakiem pracy. Drugi był o dziwo pracą nad organizacją.

Za dużo naraz

Szlifuję angielski w domowych pieleszach od pewnego czasu. Co prawda mam też konwersacje ze świetną nauczycielką angielskiego w mojej etatowej pracy raz w tygodniu, ale to tylko kropla w całym morzu. Więc otoczyłam się różnymi pomocami – podręcznik z gramatyką do nauki angielskiego, fiszki Beaty Pawlikowskiej, gazety kupione za pół ceny w internecie, anglojęzyczne książki. I do tego moje ulubione kanały na youtube z native speakerami. Problem w tym, że otoczył mnie też chaos, nie wiedząc od czego zacząć i jak to zrobić, żeby miało sens. Dlatego po raz pierwszy rozpisałam harmonogram nauki. Na razie tygodniowy, w którym dla każdego dnia określiłam co robię. To też pozwoli mi zapanować nad powtórkami z przerobionego materiału. Zobaczymy jak pójdzie.

Bo na randki chodzi się nie tylko przed ślubem

Buu..na dworze z początkiem drugiej połowy stycznia zrobiło się na prawdę zimno. Minusowa temperatura, że aż nie chce się nosa wychylać poza drzwi wejściowe. Mąż ma jednak tę moc i namówił mnie na randkę w nowym miejscu na posmakowanie czegoś zupełnie nowego. Tym samym po raz pierwszy jedliśmy przepyszny krem paprykowy (Ah! Tak bardzo chciałabym umieć robić pyszne zupy, ale wciąż te najlepsze smakują w knajpach, a nie w moim domu!). Na drugie danie było już bardziej tradycyjne, aczkolwiek z nutką zaskoczenia. Były to zapiekanki, w tym jedna z pasztetem. A to wszystko w Bistro Bzik w Katowicach, które kiedyś przechodziło Kuchenne rewolucje z Magdą Gessler. Czy to przez rewolucje czy nie, randka w tym miejscu była bardzo pyszna:)

Indoor walking

Nie mam problemu z regularnym ćwiczeniem. Wybieram to, co mi najbardziej odpowiada w danym dniu, chociaż zdarzają się też takie tygodnie, że nie ćwiczę wcale. Dlatego, żeby tego uniknąć ustaliłam, że będę ćwiczyć trzy razy w tygodniu. Zapisałam się na grupowe zajęcia dwa razy w tygodniu (taką mam na razie kartę z OK System). I to mnie cieszy, bo dzięki temu jest duże prawdopodobieństwo, że uda mi się zrobić założone trzy treningi. Jest to po prostu możliwe dla mnie do zrealizowania w siedmiodniowym tygodniu. Oczywiście jak uda się więcej, to i lepiej dla mnie. Chciałabym jednak, żeby nawet w te pozostałe dni, w których nie będzie godzinnego treningu, zrobić sobie jakąś piętnastominutówkę. Na razie bywa z tym różnie, może szansą będzie praca z Miracle Morning, z którym ruszam jutro 😉

malutka