LifestylePoSwojemu

Trudne macierzyństwa początki

Spacerek-1

„Jesteś najlepszą mamą dla swojego syna”. Gdy powiedziała mi to moja siostra w pierwszym tygodniu po porodzie to jakoś tak coś pstryknęło w mojej głowie. Bo nie czułam się wtedy najlepszą. Ba! Nawet czułam, że ciężko mi podołać tej nowej roli. Ale od tamtego czasu często sobie to powtarzałam. I nawet wtedy, kiedy czułam, że mogłam coś zrobić lepiej, to ta myśl uświadamiała mi, że zawsze i tak chcę najlepiej i staram się na miarę moich sił.

Bo początki zawsze trudne są

Gdy zaczynamy pracę, zakładamy działalność czy zaczynamy mieszkać ze swoją drugą połową to jest euforia, ale też wszystko jest dla nas nowe i potrzebujemy czas, żeby się „oswoić”. I tak samo jest, gdy urodzi nam się pierwsze dziecko. Można czytać książki, słuchać rad innych, oglądać filmy i wertować internet, ale nigdy nie przygotuje nas to w 100% do macierzyństwa czy rodzicielstwa. To zupełnie nowa rola i trzeba tego samemu doświadczyć, żeby ją zrozumieć i nauczyć się jej.

Mnie na początku złapał całkiem niezły baby blues. Bałam się wszystkiego, a najbardziej tego, że nie będę potrafiła się moim dzieckiem odpowiednio opiekować. W końcu nawet to jak podnosi i nosi się dziecko ma znaczenie. A do tego gadano mi często o instynkcie macierzyńskim. Ja go jakoś nie czułam na początku i im częściej o nim słyszałam, tym bardziej mnie to irytowało. A i połóg to niby powinien być czas na sen, regenerację i zdrowe odżywianie. A ja najczęściej nie umiałam zasnąć (może dlatego, że najczęściej wolałam patrzeć, jak maluszek sobie słodko śpi:) Nie jestem też z tych osób, które potrafią odpocząć, kiedy wokół panuje bałagan, a w łazience czeka sterta prania. Po prostu tak już mam. I chociaż wszyscy mówili, żeby to olać, to nie pomagało. Ale w tym miejscu co do jednego zgadzam się ze wszystkimi mamami tego świata: na wszystko potrzeba czasu.

Wiedziałam, że nigdy nie będzie już tak jak przed narodzinami Pierworodnego. Ale czas leciał i wszystko jakoś się zaczęło się normować, chociaż zadziało się to raczej nie po magicznych 6 tygodniach czy pierwszych 3 miesiącach. Ale na pewno po pierwszych paru tygodniach zaczęliśmy się z maluszkiem lepiej rozumieć. I dopiero wtedy lepiej i wyraźniej usłyszałam mój wewnętrzny macierzyński głos. Nie zgubiłam też tej rodzicielskiej radości z powodu zamieszkania z nami tego małego człowieczka dzięki ogromnemu wsparciu. Po pierwsze mój mąż pracuje jako freelancer – fotograf ślubny mógł w pełni zaangażować się w opiekę nad naszym dzieciątkiem w tych pierwszych miesiącach. A po drugie oczywiście wiele innych osób dało mi dobrego kopa i dużą dozę zrozumienia. I dzięki temu przetrwałam, a mój baby blues odszedł sobie w zapomnienie.

Moja mleczna droga

Oj, inaczej sobie to wyobrażałam. Przystawiam odpowiednio dziecko piersi, ono zasysa i sobie smacznie pije. I już. Trwa to do 30 minut. I już. A potem sobie słodko śpi. I już. Po prostu myślałam, że to nie może być trudne. Jak bardzo się myliłam!

Pierwsze „złote karmienie” zaraz po urodzeniu było przepiękne i oczywiście bezproblemowe. To podobno normalne. Potem zaczęły się schody, kiedy przy drugiej piersi już nie szło tak dobrze, a karmienia trwały czasem i kilka godzin. Jeszcze w szpitalu doradzono mi – słusznie lub nie – skorzystanie z tzw. kapturków. Pomogły, ale też doprowadziły mnie do załamania. I to nie jeden raz. Były łzy i zmęczenie. Ciągle nie wiedziałam, co robię źle, że nam tak często to tak topornie idzie. I tak na okrągło się to napędzało. Łzy, zmęczenie i niezrozumienie. Musiały minąć pierwsze 4 miesiące, abym w końcu mogła polubić jako tako karmienia i docenić tę niesamowitą bliskość z dzieckiem. Dokładnie tak: lubię karmić piersią, ale zdecydowanie nie kocham tego. Natomiast kocham bliskość z moim dzieckiem, jaką mi to daje.

I tu przyznam, że popełniłam przez ten czas jeden istotny błąd: za późno zaprosiłam doradczynię laktacyjną do swojego domu. To Pani Ania powiedziała mi, co robię dobrze, a co robię źle. Nie krytykowała i nie oceniała, ale okazała się kobietą, która dodała mi otuchy i udzieliła ogromnego wsparcia. Już w ciąży mówiłam sobie, że będę walczyła o karmienie piersią jak lwica i w ostateczności zaproszę nawet doradcę, jeżeli coś pójdzie nie tak. Cieszę się, że się nie poddałam i faktycznie walczyłam jak lwica, ale żałuję, że na wizytę doradczyni zdecydowałam się tak późno. Myślę, że moja i mojego dziecka szczęśliwa mleczna droga zaczęłaby się wtedy dużo wcześniej. I przez ten cały mleczny temat tak bardzo rozumiem wszystkie kobiety, które poddają się i ostatecznie decydują na mleko modyfikowane. Niejednokrotnie i mnie samej taka myśl kiełkowała w głowie. Ale ciągle zabijała ją inna myśl – wytrwaj jeszcze ten jeden dzień i zobaczysz co będzie dalej. I tak mijał dzień za dniem. I w ten sposób karmimy się już ponad 5 miesięcy. Jestem dumna ze swojego wyboru i każdy kolejny miesiąc karmienia piersią to mój osobisty sukces.

Wszystkie rady tego świata

Od wszystkich tych informacji w internecie, poradników czy rad różnych mam można czasem oszaleć. Ale aby okiełznać lepiej nową rzeczywistość zawsze potrzebna jest czyjaś pomoc i wiedza oraz doświadczenie. Ja sama zdecydowałam się polegać na dwóch źródłach.

Po pierwsze najczęściej radzimy się osób, które niedawno zostały też rodzicami. Czasy się zmieniają i to, co kiedyś było dobrym rozwiązaniem, niekoniecznie teraz się sprawdza. Na przykład przed porodem usłyszałam, że mam pocierać piersi szorstkim ręcznikiem, co ma pomóc w laktacji. Współczesna wiedza absolutnie to obala, a nic tak nie pomaga laktacji jak bliskość i częste karmienia. Tak samo było z pasem poporodowym, który dostałam, ale w sumie leżał w szafie. Potem ktoś mi podpowiedział jak dobrze to pomaga, żeby narządy wróciły szybciej na swoje miejsce. No i na powrót do formy. A całkiem niedawno u jednego z fizjoterapeutów uroginekologicznych usłyszałam, że noszenie takiego pasa to całkiem kiepski pomysł…Na szczęście zdarzyło mi się to parę razy, bo nie czułam się w nim komfortowo. Już zdążyłam też usłyszeć o tym, że kiedyś odpieluchowywało się dziecko przed końcem pierwszego roku życia. No cóż.. może rodzice byli już wtedy na to gotowi (oczywiście pomijam tutaj wszelkie wskazania lekarskie/medyczne/osobiste), ale dziecko raczej nie. I dziecko podobno szybko rośnie i nie warto kupować ubranek w małych rozmiarach. Może każdy, kto tak mówi,powinien powiedzieć to ile bodziaków, spodenek i innych ubranek sztuk należy mieć. Bo u nas okazało się, że po pierwsze mamy ich za mało (ulewanie dziecka wpływa na częstotliwość ich zmiany), a po drugie – z najmniejszego rozmiaru nasz Maluszek wyrósł dopiero po 2 miesiącach! Na szybko dokupiliśmy potrzebne ubranka, a i tak o parę za mało, przez co musiałam włączać pralkę z wypełnionym do 1/3 bębnem. No i sama na początku uległam radom typu „nie noś, bo przyzwyczaisz” Dobrze, że szybko do mnie dotarło, że wcale nie. Ja kocham nosić moje dziecko i nie mam poczucia, że przyzwyczajam go do czegoś złego. Bardzo blisko mi do wychowania w duchu rodzicielstwa bliskości. Pomimo tego, że nie jestem typem przytulasa, lubię przytulać się z moim mężem i dzieckiem. Dziecko przez 9 miesięcy jest noszone i kołysane w brzuchu mamy, więc dlaczego miałabym go od tego odzwyczajać? I to jest absolutnie mój wybór, bo rozumiem mamy, które na swój indywidualny sposób rozumieją rodzicielstwo bliskości i wcale nie myślę, że jak ktoś nie nosi swojego dziecka to jest złym rodzicem. Ja po prostu robię to #poswojemu.

I wcale nie czerpię wiedzy z pierwszej lepszej strony internetowej wyszukanej u wujka Google. Szukam za to informacji u specjalistów w danej dziedzinie. Są to osoby, które przede wszystkim swoje artykuły piszą na podstawie własnych doświadczeń, wiedzy eksperckiej, badań, fachowej literatury, zaleceń pediatrycznych czy WHO itd. Strony osób, które z całego serca mogę polecić:
– o karmieniu piersią: hafija.pl
– o karmieniu piersią, śnie i odpieluchowywaniu i czwartym trymestrze: wymagajace.pl
– o rozwoju sensomotorycznym: mamafizjoterapeuta.pl
– o Rodzicielstwie Bliskości: magdalenabockomysiorska.pl

To najważniejsze dla mnie źródła rad i wiedzy o dzieciach.

I na koniec raz jeszcze powtórzę

Jestem najlepszą mama dla mojego syna. Nie jestem idealną. Ale najlepszą, jaką mogę być. Bo jestem z nim tu i teraz.